Kategorie
Kosmologia

Program Mars Direct

Gdy statek dociera na Marsa, załoga odłącza górny człon, wykonuje manewr hamowania aerodynamicznego i ląduje w tym samym miejscu co statek powrotny w 2005 roku, na dobrze zbadanym terenie. Dzięki umieszczonym na powierzchni planety radiolatamiom załoga powinna wylądować w dokładnie wyznaczonym miejscu, ale jeżeli statek zostanie zniesiony dziesiątki czy nawet setki kilometrów dalej, załoga ma nadal szansę dotrzeć do statku powrotnego za pomocą pojazdu terenowego. Jeśli nawet wylądują tysiące kilometrów dalej, drugi statek powrotny ERV, wspomagający misję, osiądzie tuż obok modułu mieszkalnego. Zakładając jednak, że załoga wyląduje na planowanym miejscu, drugi ERV osiądzie kilkaset kilometrów dalej i zacznie produkować paliwo dla następnej misji, która z kolei przybędzie z dodatkowym ERV, by stworzyć trzecie lądowisko. A zatem co 2 lata startowałyby dwie ciężkie rakiety nośne: jedna do przetransportowania załogi na Marsa, druga zaś, by stworzyć nowe lądowisko dla następnej misji. Dwa starty rakiet co 2 lata, czyli średnio jeden start rocznie – to zaledwie 12% wszystkich startów ciężkich rakiet nośnych w Stanach Zjednoczonych. To wystarczy, by utrzymać ciągłość programu eksploracji Marsa. Dlatego uważam, że program jest całkowicie wykonalny. W konsekwencji, strategia korzystania z zasobów lokalnych przenosi załogowe misje na Marsa z dziedziny fantazji i redukuje je do zadania o podobnym stopniu trudności do tego, jakim było wysłanie załogowych statków Apollo na Księżyc.

Załoga pozostanie na powierzchni Czerwonej Planety przez półtora roku i korzystając z zalet mobilności, które dają pojazdy terenowe na napęd chemiczny o dużej mocy, przeprowadzi rozpoznanie znacznej części terenu. Mając 12 ton paliwa, przeznaczonego do zasilania pojazdów, załoga będzie mogła przebyć ponad 24 tysiące kilometrów, zanim odleci, co umożliwi przeprowadzenie ważnych poszukiwań śladów istnienia życia na Marsie – zarówno dawniej, jak i dziś – poszukiwań, które są sprawą kluczową dla ustalenia, czy życie to unikalne zjawisko i występuje tylko na Ziemi, czy też jest powszechne w całym Wszechświecie. Ponieważ żaden członek wyprawy nie zostaje na orbicie, cała załoga będzie miała do dyspozycji naturalną siłę ciążenia i ochronę przed promieniami kosmicznymi i słonecznymi, jaką zapewni im środowisko Marsa. Nic nie będzie zatem naglić do szybkiego powrotu na Ziemię, jak w wypadku wcześniejszych planów wyprawy na Marsa, zakładających wykorzystanie orbitującego statku matki z małymi lądownikami. Po ukończeniu misji załoga wraca na Ziemię bezpośrednim lotem na pokładzie ERV, startującego z powierzchni Marsa. W miarę rozwoju programu na powierzchni Czerwonej Planety powstaje sieć małych baz, otwierających przed nami nowe rozległe terytoria.

Tak wygląda w zarysie plan Mars Direct. W roku 1990, kiedy został przedstawiony po raz pierwszy, uznano go za zbyt radykalny, aby NASA rozpatrzyła go na poważnie, ale w ciągu kilku następnych lat, przy pomocy byłego wicedyrektora do spraw badań kosmicznych NASA, Mike’a Griflina i obecnego dyrektora NASA, Dana Goldina, grupa naukowców z Centrum Kosmicznego im. Johnsona (JSC), zajmująca się opracowywaniem załogowych misji na Marsa, zdecydowała dokładnie się z tym planem zapoznać. Grupa opracowała szczegółowe studium misji opartej na projekcie Mars Direct, ale rozbudowanej dwukrotnie w stosunku do oryginalnej koncepcji. Następnie stworzono kosztorys programu eksploracji Marsa. Koszt wyprawy oszacowano na 50 miliardów dolarów. Obliczył to ten sam zespół, którzy wcześniej orzekł, że skomplikowany program marsjański, przedstawiony w 1989 roku przez NASA w Raporcie 90-dniowym (który spowodował, iż Kongres USA zaniechał planów Inicjatywy Badań Kosmicznych), zakładającym tradycyjny sposób zdobycia planety poprzez montaż na orbicie ogromnych statków kosmicznych, kosztowałby 400 miliardów dolarów. Gdyby powrócić do oryginalnej, mniej rozbudowanej koncepcji Mars Direct, projekt mógłby zostać zrealizowany za 20-30 miliardów dolarów. Jest to suma, którą mogą bez problemu wyłożyć Stany Zjednoczone, Europa lub Japonia. Niezbyt to wygórowana cena za możliwość zdobycia Nowego Świata.

Reasumując, jeżeli będziemy czerpać z najbardziej oczywistych zasobów lokalnych Marsa – jego atmosfery – plan Mars Direct pozwala zrealizować załogową misję na Czerwoną Planetę za pomocą układu nośnego tej samej klasy co używany do lotów na Księżyc. Plan ten może zredukować o cały rząd wielkości koszty misji i przyspieszyć datę załogowej wyprawy na Marsa o jedno pokolenie, ponieważ eliminuje konieczność wprowadzenia nowych rozwiązań, redukuje stopień złożoności operacji i nie wykracza poza technologie wymagane do odbycia lotów na Księżyc.

Aby dotrzeć na Marsa, nie potrzebujemy nowych cudownych technologii rodem z powieści fantastycznonaukowych, budowy portów kosmicznych ani żadnych międzyplanetarnych kosmicznych statków rejsowych. Możemy stworzyć pierwsze małe stacje na powierzchni Czerwonej Planety w ciągu najbliższego dziesięciolecia. To nas, a nie któreś z przyszłych pokoleń, spotka zaszczyt otworzenia tego Nowego Świata dla ludzkości. Potrzebujemy jedynie dostępnej dziś technologii, trochę dziewiętnastowiecznej chemii przemysłowej, porządnej dawki zdrowego rozsądku i odrobiny szczęścia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *