Kategorie
Kosmologia

Zapotrzebowanie na narodowe i międzynarodowe inicjatywy kosmiczne

Podobnie jak Pathfinder, MGS również był statkiem kosmicznym wyprodukowanym i wysłanym na Marsa za jedynie 150 milionów dolarów. Sukces odniesiony przez te dwie misje wydawał się potwierdzać słuszność opinii dyrektora NASA, Dana Goldina, zdaniem którego międzyplanetarne misje powinny być projektowane według schematu „szybciej, lepiej, taniej”. W chwili obecnej NASA wysyła na Marsa dwa następne niskobudżetowe statki kosmiczne. Jednym z nich jest orbiter, wyposażony w zaawansowane urządzenie pomiarowe na podczerwień do badania ruchów atmosferycznych na planecie. Powinien on osiągnąć orbitę okołomarsjańską we wrześniu 1999 roku. Drugi to mały lądownik, który ma dotrzeć w okolice marsjańskiego bieguna południowego w grudniu 1999 roku. Mowa tu o sondach Mars Climate Orbiter oraz Mars Polar Lander. Niestety, obydwie misje zakończyły się fiaskiem – MCO spłonął, wchodząc w atmosferę Marsa na skutek złych obliczeń ciągu silnika, MPL rozbił się o powierzchnię planety z bliżej nieznanych przyczyn.

Schemat Goldina wydaje się skuteczny, ale ograniczenia, jakie wynikają z takiego podejścia, są widoczne już dziś. W maju 1998 roku NASA musiała zrezygnować z wysłania dużego (80 kg), dobrze wyposażonego rovera, zwanego Athena, na Marsa, ponieważ budżet programu badań Czerwonej Planety, oparty na polityce „szybciej, lepiej, taniej” (250 milionów dolarów rocznie, co stanowi 2% całkowitego budżetu NASA), okazał się zbyt niski, a mniejsze lądowniki, których użycie dyktował mały budżet, nie były w stanie zrealizować tego rodzaju misji (szczególnie po tym, jak administracja obcięła budżet misji marsjańskich planowanych na rok 2001 o 60 milionów dolarów, żeby wypełnić dziury programu stacji kosmicznej). Lądownik misji planowanej na 2001 nie będzie więc wyposażony w rover, nie otrzyma nawet mechanicznego ramienia, podobnego do zainstalowanego na lądownikach Viking. Nadal jednak planuje się wysłanie małego orbitera, podobnego do jednostki z 1998 roku, wyposażonego w spektrometr promieni gamma (GRS, od ang. Gamma Ray Spectometer), służący do badań składu chemicznego powierzchni Czerwonej Planety. Misja ta przyniesie zapewne wiele pożytecznych danych, ale gdyby w 1998 roku agencja wyłożyła dodatkowe 10 milionów dolarów na zakup nieco potężniejszej rakiety Delta 2, na orbiterze mógłby zostać zainstalowany również czujnik meteorologiczny działający na podczerwień, co pozwoliłoby posunąć naprzód badania o jakieś 3 lata. Departament wypraw badawczych JPL twierdzi, że wykorzystując środki zaoszczędzone na misji lądownika, przewidzianej na 2001 rok, będzie w stanie wysłać na Marsa rover Athena w roku 2003, a następnie zrealizować misję przywiezienia na Ziemię próbek Marsa (MSR, od ang. Mars Sample Return) w 2005 roku. Jestem gotów uwierzyć w pierwsze zapewnienie, ale nie w drugie. Dysponując rocznym budżetem 250 milionów dolarów, program marsjański prowadzony przez JPL ma po prostu zbyt mało pieniędzy, by finansować dwie zautomatyzowane misje na Marsa co dwa lata i jednocześnie pracować nad rozwojem technologii wymaganych do realizacji misji MSR.

Tę sytuację można określić tylko w jeden sposób: to absurd. Staje się ona jeszcze bardziej absurdalna, kiedy przypomnimy sobie przyrzeczenie złożone przez prezydenta Clintona w sierpniu 1996 roku, że użyje on „całej potęgi intelektualnej i technicznej Stanów Zjednoczonych do poszukiwania życia na Marsie”. Przy swoich ograniczeniach program bezzałogowych badań Marsa okazał się niezmiernie wydajny, ale cierpi nadal na głód finansowy, podczas gdy reszta rządu federalnego biesiaduje na nadwyżkach państwowego budżetu. By rozwijać się w rozsądnym tempie, program bezzałogowych badań Marsa musiałby mieć budżet przynajmniej dwukrotnie wyższy niż dziś i rząd nie powinien z tym zwlekać. W 1998 roku NASA wydała 600 milionów dolarów na misje promu kosmicznego, których głównym osiągnięciem było uśmiercenie dwóch tuzinów szczurów (wychodzi około 25 milionów na szczura) w stanie nieważkości za pomocą specjalnej miniaturowej gilotyny wyposażonej w sprężyny (zwykła gilotyna nie zadziałałaby w warunkach braku ciążenia). Prowadzenie tego rodzaju badań i – w tym samym czasie – odmawianie odpowiedniego wsparcia finansowego dla sond marsjańskich jest niewiarygodnym pomieszaniem priorytetów.

Musimy też zrozumieć prawdziwe ograniczenia związane z bezzałogowymi badaniami Marsa. Fotografowanie powierzchni z orbi-terów lub balonów, badania sejsmologiczne, meteorologiczne i geochemiczne – wszystkie te działania mogą być wykonywane na Marsie przez automatyczne urządzenia. Ale poszukiwanie skamieniałości czy nawet wymarłych organizmów wymaga umiejętności i wszechstronnych uzdolnień całkowicie innego rodzaju. Szukanie skamieniałości na Ziemi związane jest z pokonywaniem dużych odległości po bezdrożach i wspinaniem się po stromych zboczach górskich. Wymaga też wykonania ciężkich prac, takich jak kopanie rowów przy użyciu kilofa. Z drugiej strony, tropienie skamieniałości wiąże się też z przeprowadzaniem bardzo delikatnych czynności, jak na przykład ostrożne oddzielanie cienkich warstw łupków skamieniałości wzdłuż jej krawędzi w poszukiwaniu śladów żywych organizmów znajdujących się między kamiennymi stronicami. Takie badania wymagają też bardzo złożonych trybów percepcji adaptacyjnej. Wszystkie te umiejętności wykraczają poza możliwości automatycznych roverów. Sojoumer nie miał żadnych zdolności manipulacyjnych, mógł przebyć tylko 2-3 metry dziennie i nie potrafił wspiąć się na skałę wyższą niż 20 centymetrów. Jego „oczy” znajdowały się na wysokości nie większej niż 30 centymetrów nad ziemią i dziennie mogły przesłać jedynie kilka czarno-białych zdjęć o niskiej rozdzielczości.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *